(†1968) br. Roman Rohloff COr — rocznica śmierci
Kiedy:
2020.01.24 całodniowy
Europe/Warsaw Strefa czasowa
2020-01-24T00:00:00+01:00
2020-01-25T00:00:00+01:00

† br. Roman Rohloff COr
ur.: 1929.11.05
zm.: 1968.01.24
kongregacja: Gostyń
miejsce śmierci: Śrem
miejsce pochówku: Gostyń
Wspomnienia z ostatnich dni życia Ś.p. Br. Romana Rohloffa
Mgr. Roman Rohloff późniejszy Br. Roman, dwa miesiące swego życia spędził w P. Domu Specjalnym w Śremie. Przybył tu ze szpitala w trzy dni po operacji – wycięciu jednego z licznych guzów – nerwiaków złośliwych, celem chwilowego przedłużenia życia. Zdawał sobie dobrze sprawę ze swego beznadziejnego stanu zdrowia, lekarze bowiem nic przed nim nie ukrywali, nie łudził się, wiedział, że wkrótce umrze. W Domu tym jeden duży oddział męski jest pod dozorem pielęgniarek świeckich, pozostałe zaś 3 oddziały żeńskie są pod opieką SS. Albertynek. Zaraz po przybyciu a było to dnia 27.XI.1967 r. został przyjęty na oddział męski, wyraził chęć zobaczenia się z S. Przełożoną SS. Albertynek. Ubolewał nad tym, że Siostry nie mogą go pielęgnować, czego tak bardzo pragnął, dlatego właśnie przyjechał do Śremu by być w pobliżu Świętej Góry i być pielęgnowanym przez Siostry Albertynki. Zapoznał się bowiem ze Sł. Bożym Br. Albertem, czytał prawie wszystkie jego biografie, pokochał go, czuł się bardzo do niego podobnym z powodu kalectwa tj. utraty też lewej nogi i z powodu nowotworu złośliwego, na co też cierpiał i zmarł Sł. Boży Br. Albert. Ci dwaj kalecy rozumieli się dobrze. Mgr. Rohloff ubolewał nad tym, że żaden z biografów nie podkreślił wyraźnie tego, że Sł. Boży Brat Albert był kaleką tj. człowiekiem chorym /czego mu serdecznie współczuł z tego powodu, że dawniej nie było jak teraz takich środków znieczulających/ dlatego sam zbierał materiały i przygotowywał się do napisania obszernego traktatu na temat: Brat Albert jakiego nie znamy. Podobał mu się bardzo duch Brata Alberta i choć nie znał bliżej Sióstr Albertynek, chciał być pod ich opieką. Siostry nie mogły mu w niczym pomóc, jak tylko udostępnić mu codzienną Komunię św. Często wzywał Siostry. Z braku Sióstr nie ma nocnych dyżurów pielęgniarskich, w razie potrzeby wzywa się Siostrę. W nocy, gdy bóle się nasilały, prosił, by wezwać Siostrę, aby nie musiał jękiem przeszkadzać innym chorym. Wiele ucierpiał od współtowarzyszy pensjonariuszy staruszków, bo z powodu swych cierpień stale potrzebował pomocy i przez to zakłócał im spokój. Po tygodniu czasu poprosił S. Przełożoną, by wpłynęła na to, aby przenieść go do innego pokoju, a o ile to możliwe, do Sióstr. Trudna do wykonania była ta prośba, bo oddziały żeńskie są stale przepełnione i brak małych pokoików, najmniejsze to 4-osobowe. Na III piętrze na poddaszu znajdował się ubogi pokoik, nie nadający się dla chorych z jednym oknem w suficie, gdzie dawniej spał stróż nocny. Zgodził się na ten pokój, więc został przeniesiony, ku jego niewysłowionej radości, że już jest u Sióstr, a to, że biedny pokój nie obchodziło go wcale, niechętnie tylko przyjmował gości, aby Siostrom nie było przykro. Zamieszkał z jednym pensjonariuszem chodzącym, który służył mu pomocą aż do śmierci. Na samym początku prosił Siostrę pielęgniarkę, by starała się zachować go przy życiu tak długo, dopóki nie napisze pracy o Sł. Bożym Bracie Albercie. Dyktował więc Siostrze i tak powstał traktat: Brat Albert jakiego nie znamy, na obszerniejszą pracę już nie miał siły. Trapiły go niezmiernie cierpienia, trudne do opisania. Nowotwór złośliwy nerwów atakował cały organizm, tylko głowa, jak mówił, była zdrowa, a reszta pogrążona w bólu. Cierpiąc mógł jednak dużo myśleć. Czuł zbliżającą się śmierć, której się nie lękał, nie tylko z punktu widzenia chrześcijańskiego, ale nawet i laickiego, widział w śmierci coś dobrego, pozytywnego. Zresztą, jak mówił, całe życie kierował się zasadą by każdą rzecz i wydarzenie brać z najlepszej strony. Chorując i cierpiąc chciał być pożytecznym dla innych i chciał tego nauczyć wszystkich chorych i osoby kalekie. Rozmawiał na te tematy z lekarzami, którzy chętnie go odwiedzali, dziwiąc się takiej pogodzie ducha u człowieka świadomego tak ciężkiego swego stanu zdrowia. W tych okolicznościach powstał traktat laicki: O rehabilitacji psychicznej w zakładach Opieki Społecznej, napisany na prośbę lekarza zakładowego. Pragnął, jak on sam mówił, jeszcze zanim umrze coś ludziom powiedzieć, dlatego w czasie jednej z bezsennych, bolesnych nocy utworzył artykuł o wartości cierpienia, który później podyktował Siostrze. Miał pamięć podziwu godną, bez zająknienia, płynnie dyktując traktat, wtedy, gdy się pocił z bólu. Lubił dużo się modlić, choć też często żalił się na trudności w modlitwie spowodowane cierpieniem. Mówił na temat modlitwy. Zapytany, co ma większą wartość przed Bogiem, czy życie kontemplacyjne, czy życie czynne usługujące chorym, odpowiedział, że mało zwraca się uwagi na słowa Pana Jezusa żalącego się w osobie chorego: „Ani jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną?” Nie chodzi o to, by usiąść przy jego łóżku i patrzeć w niego „jak sroka w kość”. Porównywał św. Teresę od Dz. Jezus, dla której wielką ofiarą było znieść szelest różańca swojej współsiostry z Siostrą pielęgniarką, która stale musi wysłuchiwać skarg i żalów swoich chorych, które same nie potrafią określić co im dolega. Napisał też artykuł o modlitwie. Wielkim wydarzeniem dla Mgr. Romana Rohloffa w czasie jego pobytu w Domu Specjalnym był akt przyłączenia go w szeregi synów Św. Filipa Nereusza w charakterze brata, jaki miał miejsce dn. 23.XII.1967 r. Stał się odtąd bratem zakonnym, osobą duchowną. Fakt ten wpłynął dodatnio, konstruktywnie na całe jego życie duchowe i fizyczne. Dotąd zdarzały się kilka razy momenty krytyczne, które zdradzały bliski zgon. Sam to czuł, dlatego wyrażał swoją ostatnią wolę co do swego pogrzebu i swoich skromnych rzeczy. Prosił swojego spowiednika o Sakrament Chorych – Namaszczenie Olejem św. i często pytał Siostrę czy to już koniec. Świadomość, że w pewnej mierze spełniły się jego najgorętsze pragnienia od lat najmłodszych, by stać się kapłanem, stał się osobą duchowną, była dla niego powodem wielkiej radości. Nie mógł jej ukryć wewnątrz i nie potrafił na zewnątrz całkowicie jej okazać. Cieszył się i płakał z radości. Uwielbiał Boga i dziękował Mu za tę wielką łaskę, podziwiał niesłychaną dobroć Kongregacji Świętogórskiej. Bóle, które go dotąd atakowały, ustąpiły miejsca radości, nie potrzebował w tym dniu żadnych środków przeciwbólowych, nie chciał nawet mówić na temat swych dolegliwości, bo co to jest wobec tej wielkiej radości, że jest bratem zakonnym. Od tego czasu poczuł się lepiej, miał nadzieję, że jeszcze będzie mógł żyć i służyć Kongregacji. Częste odwiedziny Księży ze Świętej Góry radowały go bardzo, a już największa była radość z przybycia O. Superiora, który go zachęcał do pracy – do pisania jak najwięcej, twierdząc, że jest potrzebny Kongregacji, to wyzwalało w nim energię do cierpienia jak najwięcej i do tworzenia nowych traktatów. Powstały wtedy prace: Spotkanie z Chrystusem, Co to jest Kościół św., O św. Józefie i ostatnia praca: O pełen udział we Mszy św. napisana w przeddzień śmierci. Z wielkim trudem już wtedy mówił, cicho i niezrozumiale, a bardzo mu na tej pracy zależało, lękał się, że już nie zdąży jej podyktować. Napisał ją pod wpływem książki O. Szanieckiego „Msza św. po staremu”, którą ostatnio czytał, jak na niego, to bardzo długo, bo mówił: – nie tylko czytam, ale przeżywam tę książkę, bo jestem trochę liturgistą. Jeszcze miał zamiar pisać o św. Filipie Nereuszu, ale to był już za wielki trud na jego wyczerpane siły. Pisał dużo listów. Jako zakonnik prosił o pozwolenie na pisanie listów. O. Superior nie tylko mu pozwolił, ale nakazał pisać. Otrzymywał bogatą korespondencję. Mówił, że z całej Polski piszą do niego prosząc o modlitwę i ofiarowanie swych cierpień. Przykro mu było, że nie mógł na wszystkie odpowiedzieć, tylko na niektóre, bo pisał niewyraźnie i z trudem. Bardzo pragnął sam pisać na maszynie, ale to był dla niego nadmierny wysiłek, który go bardzo osłabiał. Czasem nie zawsze uważał na to i pisał. Nie długo cieszył się poprawą samopoczucia. Stan się pogarszał. Do jednych chorób przyłączały się inne, tak, że stale go coś bolało. Dołączyły się silne ataki wątroby i dolegliwości z całego przewodu pokarmowego z powodu guzów w otrzewnej. Po jedzeniu występowały wymioty, bóle, wysoka temperatura. Odczuwał silny głód, dręczyły go wspomnienia różnych pokarmów, które dawniej lubił, a nie mógł tego głodu zaspokoić bojąc się przykrych następstw. Dręczyło go ustawiczne pragnienie. Lekarz kazał ograniczać płyny z powodu nadmiernych obrzęków, poprzestawał na zwilżaniu ust. Organizm stawał się coraz bardziej wycieńczony. Na kilka dni przed śmiercią wystąpiła wysoka gorączka do 40° C. Nastąpiło porażenie czucia w nogach, nie czuł już bólu jak dawniej, natomiast wystąpiły silne bóle kręgosłupa, krzyża i całych plec. Były to bóle nieznośne, zdawało mu się, jak mówił, że leży na rozpalonej kracie. Lekarz nie kazał już oszczędzić środków znieczulających, które nie zawsze pomagały. W przeddzień śmierci lekarz twierdził, że stan ogólny się poprawił. Zdawało się, że może i tym razem minie ciężki stan i będzie jeszcze żył, tym bardziej, że pragnął żyć. Po Komunii św. widząc się osłabionym powiedział do Siostry wzruszony: tak bym pragnął służyć jeszcze Kongregacji. Potem, gdy mu mówiono, że na pewno jeszcze się poprawi i będzie żył, odpowiedział, że czasem śmiercią można więcej dobrego zrobić niż życiem. W przedostatnią noc o godz. 1,30 wezwał Siostrę by odmówiła modlitwy za konających, odczytała Mękę Pańską z Wielkiego Piątku, prosił też by odmówiła Magnifikat i 4 modlitwy do św. Filipa. To wszystko według życzenia było odprawione przed ołtarzykiem z zapalonymi świecami. Rano z zapaloną gromnicą w ręku przyjął Komunię św. przytomnie i pobożnie. Podczas przesłania łóżka, co zrobiono na jego życzenie, osłabł aż do bezdechu i utraty tętna, ale słysząc modlitwy przyłączył się uzyskując przytomność, przeżył więc agonię, o czym po południu mówił, że rano było mu tak dobrze wtedy, gdy umierał. Przez cały dzień na zewnątrz okazywał senność i brak przytomności, ale w rzeczywistości był stale przytomny. Mówił z wielkim trudem. Nie pragnął żadnych odwiedzin, chciał mieć spokój. Świat zewnętrzny go nie interesował. Kilkakrotnie zapytany, czy zawiadomić Świętą Górę lub Siostrę, odpowiadał przecząco. W tym dniu rano, mimo wielkiej słabości i bezwładu wysilił się jeszcze na uśmiech. Zapytany czy przytomny i o czym myśli, odpowiedział, że myśli o tym co tam będzie, a za kogo cierpi w tej chwili, powiedział, że za Kościół, za kogo życie ofiaruje – za Kongregację, więc też za Kościół w pewnej mierze. Zapytany, czy można przy nim odmawiać różne modlitwy, czy nie będzie go to męczyć, odpowiedział zdziwiony: mnie? modlitwa? … męczyć? Z wdzięcznością słuchał modlitw za Kościół św. do Najśw. Serca P. Jezusa, do Matki Najświętszej i do Ducha Św. W południe otrzymał list od swej cioci zakonnicy. Początkowo nie chciał go czytać, bo czuł, że będzie go nakłaniać do opuszczenia Śremu, nie znając jego ciężkiego stanu, a dla niego było to bolesne, bo czuł się tak dobrze w pobliżu Świętej Góry, gdzie pragnął po śmierci złożyć swoje zwłoki. Po chwili prosił, by mu przeczytać ten list. Nic nie odpowiedział, nie miał już siły reagować. Około godz. 3-ciej zapytał o godzinę i dzień tygodnia. Wyraził chęć wysłania reszty swych książek na Świętą Górę i napisania kilku słów do O. Superiora, co zostało spełnione. Dyktował z trudem jakby po każdym słowie zasypiał. Wieczorem prosił o poprawienie. Po przesłaniu łóżka odczuł głód, ale sporządzonej potrawy tylko spróbował. Z trudem połykał krztusząc się, zwilżano mu często usta. Duszność, krótki oddech i rzężenie męczyły go bardzo, bóle zmniejszały się. Wieczorem podniosła się gorączka i majaczył coś o wykopanym grobie w ogrodzie. Potem mówił, że chce umrzeć i coś jeszcze starał się powiedzieć, ale nie można go było zrozumieć. Na powiedzenie Siostry, że musi jeszcze jutro przyjąć Pana Jezusa, twarz jego rozjaśniła się jakby do uśmiechu. O 21-szej godzinie, kiedy się bardzo męczył, Siostra mówiła mu o Matce Najświętszej, ożywił się i zaczął głośno modlić się. Tylko słowa Matka Najświętsza były zrozumiałe, reszta słów była bełkotliwa. Z wielkim wysiłkiem mówił patrząc na obrazek Świętogórskiej Pani na ścianie i w górę, gdzie miał widok na Świętą Górę. Ta dziecięca mowa była zrozumiała tylko przez Matkę. Po chwili modlitwa zamieniła się w głośny jęk, może to też była modlitwa? Wtedy odprawiono jeszcze modlitwy za konających, różaniec i Litanię do Matki Najświętszej i do św. Józefa. Chory zewnętrznie nie okazywał przytomności i nie reagował już na pytania. Jęki stawały się coraz cichsze. Oczy ruchome zdradzały przytomność. O godz. 22.30 zmarł z zapaloną gromnicą w ręku. Spełniło się jego pragnienie, by umrzeć przytomnie, bo jak mówił, dla tej chwili się narodził i nie chciał by jej przespać. Była też upragniona środa św. Józefa dnia 24.I.68 r. Całe życie modlił się, by umrzeć w dzień poświęcony św. Józefowi lub Matce Bożej. Pragnieniu jego stało się zadość, bo zmarł w środę a pogrzeb miał w sobotę. Przez cały czas pobytu w Domu Sp. musiała być gromnica w jego pokoju w pogotowiu na wypadek śmierci. Na kilka dni przed śmiercią powiedział, że Matce Bożej Gromnicznej zapali świecę u stóp w Jej święto już w niebie. Po śmierci ukazał się na twarzy zmarłego naturalny uśmiech. Oblicze jego rozjaśniło się błogim spokojem i radością.
z Kongregacji św. Filipa na Świętej Górze w GostyniuŚrem, 7.II.1968 r. SS. Albertynki
Oratoriana 4, s. 70


Prezentacja
Nasi święci
Wspomnienia liturgiczne
Aktualności
Bytów
Celle
Gostyń
Poznań
Radom
Studzianna
Tarnów
Tomaszów Mazowiecki