(†1976) ks. Franciszek Kazimierz Szeliga COr — rocznica śmierci

† ks. Franciszek Kazimierz Szeliga COr
ur.: 1914.12.16
zm.: 1976.12.14
kongregacja: Bytów
miejsce śmierci: Parchów
miejsce pochówku: Bytów
Kazanie na pogrzebie ś. p. ks. Franciszka Kazimierza Szeligi C. Or. w Bytowie, w dniu 16 grudnia 1976 r. – wygłoszone przez o. Władysława Natera C. Or. ze Studzianny.
Ekscelencjo, Dostojny Księże Biskupie wraz z Czcigodnym Presbiterium diecezjalnym i z Oratorium oraz z Alumnami. Drogi świecki Ludu Boży wraz ze Szanowną Rodziną świętej pamięci Zmarłego!
Otaczamy trumnę ze zwłokami kapłana, duszpasterza, kapelana, naszego współbrata i kolegi, śp. ks. Franciszka Kazimierza Szeligi, który zda się do nas przemawiać słowami poety, J. Słowackiego:
„Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami
Nikt mi, kto szlachetny, nie był obojętny
Dziś was rzucam, w cień idę z duchami
A jak gdyby tu szczęście było, idę smętny…”W dniu dzisiejszym obchodzą też srebrne gody kapłańskie, w większości dobrze wam znani księża: ks. Marian Wichłacz, ks. Marian Zieliński – brat waszego o. Superiora – ks. Stanisław Morawski, ks. Henryk Ostach, ks. Mieczysław Stebart i b. oratorianin, obecnie franciszkanin, o. Henryk Nowakowski. Główne uroczystości mają w Studziannie.
W dniu dzisiejszym odbywa się też w Tarnowie pogrzeb byłego naszego ks. profesora, kiedyś ojca duchownego, wychowującego kleryków oraz znanego w skali krajowej naukowca-teologa, bardzo wybitnego, a mianowicie ks. infułata Jana Bochenka. Są jeszcze trzy inne pogrzeby znanych mi kapłanów. Kogo wybrać, gdzie uczestniczyć? Przypomniała mi się jednak obca piosenka rzewna, pogrzebowa, zaczynająca się w tłumaczeniu od słów: „Miałem ja kolegę, że lepszego trudno znaleźć…” I wybrałem właśnie jego pogrzeb, aby w nim uczestniczyć. Byłem z nim przez czas jakiś w Seminarium Duchownym w Tarnowie – potem przez dwa lata współpracowaliśmy razem w Studziannie – stale prowadziliśmy korespondencję, a przy spotkaniach dyskusje nader żywe. A więc oderwałem się od tamtych uroczystości, aby być na jego pogrzebie. To już trzeci kapłan filipin z jego grupy, bo trzech ich było razem wyświęconych: śp. ks. Ferdynand Machay, starszy brat znanego wam dobrze ks. proboszcza Alojzego, rozstrzelany już w 1940 r. przez hitlerowców – bardzo gorliwy kapłan; w trzy lata potem śp. ks. Jan Michałkowski, ogromnie szlachetny, że już w latach gimnazjalnych zwali go przełożeni „Perełką” – zginął w obozie hitlerowskim w Buchenwald – i on, śp. ks. Szeliga.
Nie wiem, czy wkładać w jego usta Pawłowe słowa: „Potykaniem dobrym potykałem się, wiary dochowałem, zawodu dokonałem, na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia” /Tym 4, 7-8/ – czy też pełne pokory i ducha pokuty słowa psalmisty: „Delicta iuventutis meae et ignorantias meas ne memineris, Domine” (Nie wspominaj, Panie, występków mej młodości ani moich nieświadomości.) /Ps 24,7/. Ale że był człowiekiem skromnym, nie chcę urażać go ani przesadą, ani poniewieraniem słownym. – Oceniać kapłana tylko według jego ustosunkowania się do władzy kościelnej i świeckiej – było by za ciasne, a może i niesprawiedliwe, różne bowiem czynniki na to wpływają, jak warunki życiowe, może poczucie osamotnienia czy nawet krzywdy, przyjaźnie, pomoc itp.
Jednostronne byłoby ocenianie kapłana według jego prac zewnętrznych, według ich efektów, rzucających się w oczy.
Mniej lub więcej trafnie można by charakteryzować kapłana według jego duszpasterskiego ustosunkowania się do Ludu Bożego, czy do swojej własnej ascezy kapłańskiej – i według przesłanek psychicznych, warunków życia – które na pewno też rzutują na jego osobowość.
Spojrzeć zaś na kapłana okiem Bożym, w świetle słów Pisma św. – to jest szczególnie trudne, gdyż stanowi pewnego rodzaju tajemnicę. A życie śp. ks. Szeligi płynęło raz słońcem, raz cieniem…
Pochodził z Bochni, gdzie się urodził w 1914 r. /16 XII/… Do Oratorium xx. filipinów wstąpił w 1935 r., po rocznym alumnacie w tarnowskim seminarium duchownym diecezjalnym. Wyświęcony został na kapłana 29 czerwca 1938 r. Potem przydzielono go do Domu gostyńskiego /gdyż była unia między Domami/. I w Gostyniu pracował przez rok jako prefekt tamtejszego gimnazjum. Wojna zastaje go w Tarnowie i tam przebywa aż do jej zakończenia. W lipcu 1945 r. rozpoczyna trzyletnią pracę w Studziannie, gdzie wiele zrobił jako minister Domu, usuwając i naprawiając wiele zniszczeń w tamtejszym kościele, klasztorze i w gospodarstwie.
Z kolei wysłany jest do klasztoru gostyńskiego i tu przebywa 4 lata, zostawiając też niejeden ślad swojej działalności.
Potem przydzielono go do Domu bytowskiego /w 1952 r./, z zamieszkaniem w Budowie, gdzie był duszpasterzem-proboszczem. Po kilku latach kolejnym etapem jego kapłańskiej pracy jest Pomysk Wielki, Bytów, a przede wszystkim kapelania w „Caritasowym” zakładzie Sióstr Samarytanek-Benedyktynek w Parchowie, pracujących przy tamtejszych dzieciach.
Wielką zasługą śp. ks. Fr. Kazimierza Szeligi, wartą szczególniejszego podkreślenia, było to, że on właściwie stał się inicjatorem powstania i życia nowego Oratorium filipińskiego w Bytowie. Tak, było to 30 lat temu! Nalegał na to, dążył do tego, by Instytut filipiński starał się o nową placówkę na Ziemiach Odzyskanych, a tym samym pospieszył z pomocą ogromnym tam potrzebom duszpasterskim.
Gdy bowiem w połowie października 1946 r. zwiedzał Pomorze Zachodnie, spotkał się wtedy z ówczesnym administratorem apostolskim gorzowskim, x. drem Edmundem Nowickim na konferencji dekanalnej kapłanów dekanatu bytowskiego w Lęborku. Zorientowawszy się, jak bardzo nowa Administracja apostolska potrzebuje wszelkiego rodzaju duchowieństwa, którego na olbrzymich terenach posiadała tylko około 300 księży – wysunął sugestię, żeby x. Administrator Apostolski upatrzył coś odpowiedniego dla filipinów, jakąś placówkę dla zgromadzenia, które mimo swej szczupłości i strat wojennych, mogłoby i powinno wnieść pewien wkład w duszpasterstwo na Ziemiach Odzyskanych. W razie wyszukania takiej placówki dla naszego zgromadzenia, niech zechce powiadomić o tym o. superiora Józefa Witka w Studziannie. Wróciwszy do Studzianny z urlopu śp. ks. Kazimierz zobrazował olbrzymie potrzeby duszpasterskie w ówczesnej Administracji gorzowskiej i wielkie możliwości na zakładanie tam nowych placówek, na wzór innych zakonów i kongregacji oraz oględnie zreferował swoje sugestie przedstawione w Lęborku.
Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź z Gorzowa. Kiedy bowiem tuż przed Bożym Narodzeniem w 1946 r., dokładnie trzydzieści lat temu, zginął w katastrofie samochodowej ówczesny duszpasterz w Bytowie, śp. ks. Męcikowski, a ks. prob. Genge wyjechał do Niemiec i zawakowała parafia bytowska – administrator apostolski, ks. dr Nowicki, skierował pismo do Studzianny już w pierwszych dniach stycznia 1947 r. W piśmie tym nawiązał do rozmowy z ks. Szeligą w Lęborku, poprosił o kilku księży i dał do wyboru trzy placówki, na pierwszym miejscu – Bytów. I wtedy zaczęła się akcja w Zgromadzeniach na rzecz objęcia Bytowa. W wyniku tego – 3 lutego 1947 r. dwóch członków Oratorium rozpoczęło pracę duszpasterską w Bytowie. Ale pionierem tej akcji był nie kto inny, jak właśnie śp. ks. Franciszek Szeliga.
Zadaniem kapłana jest duszpasterzować: słowem Bożym, liturgią, modlitwą, cierpieniem, postawą, przykładem, działalnością, apostolstwem. Dlatego jest zwyczajem nakreślać na pogrzebach krótko sylwetkę zmarłego księdza. Bo jakże często nie oszczędzamy ludzi nawet po ich śmierci. Lubimy ich oceniać tylko jednostronnie. Nie potrafimy dopatrzeć się tego, co u nich jest piękne, warte podkreślenia. Niejedno czerpiemy z plotki. Zapewne homilia pogrzebowa zobowiązuje do podawania prawdy. Ewangelia podaje też, że Piotr się zaparł, że i Magdalena miała cienie – obok wspaniałych innych cech. – Śp. x. Kazimierz Szeliga miał piękne rysy człowieka. Np. był człowiekiem bardzo skromnym – prostolinijnym – bez obłudy. Odznaczał się dużą dyskrecją, nie mówiąc za dużo, zwłaszcza o drugich – i mało potępiał bliźnich, zawsze świadom słów Boskiego Mistrza: „Jaką miarką mierzysz, taką ci odmierzą” /Łk 6,38/.
Ale mało też się żalił. Rzadko się żalił na kolegów, konfratrów, przełożonych. Czyż to nie są piękne rysy?
Nie był jednostką przeciętną: miał i poczucie piękna i swoistą inteligencję, oryginalność w sposobie ujmowania problemów – może przez to niekiedy w dyskusjach denerwował, sam zachowując spokój. Posiadał też rozsądek praktyczny. Umiał pracować. Wiele też zrobił, zostawił niejeden dzieło w Studziannie, gdzie wojna zostawiła niejedno mniejsze lub większe zniszczenie w kościele, w klasztorze, w gospodarce klasztornej. Podobnie można powiedzieć o jego działalności na tym polu w Gostyniu – czy w Budowie. Nie wszystko było u niego coś, co by się chciało nazywać zbędnym jako „magni passus extra viam” (uczyniwszy wielkie kroki poza drogą / poza szlakiem). Był też dobrym pedagogiem dzieci, tak po parafiach, gdzie pracował, jak i wśród trudnych dzieci. I dzieci go lubiły, chętnie słuchały…
Wiary dochował. Można powiedzieć, że był też mężem wiary. Nie lekceważył modlitwy, tej kapłańskiej modlitwy. Prosił o modlitwę, bo ufał w miłosierdzie Boże i zgadzał się z wolą Bożą. Bo miał też wiele krzyżów w swoim 62-letnim życiu: 1/ Krzyż cierpienia fizycznego, i to od kilku lat, który dźwigał bez skargi, w duchu pokuty. Szczególnie dotkliwie odczuwał go w ostatnich miesiącach. – Przy tej okazji uważam sobie za obowiązek podziękować Czcigodnym Siostrom zakonnym w Parchowie za troskliwą opiekę nad chorym x. kapelanem – siostrom szpitalnym i lekarzom – księżom, z o. superiorem Zielińskim na czele.
Innym krzyżem śp. ks. Szeligi było poczucie osamotnienia, niezrozumienia. Miał własną wizję życia oratoryjnego. Krzyż własnych niepowodzeń, upokorzeń, doświadczeń. Przeszedł przez fale upokorzeń. A jego doświadczenia tak pozytywne, jak i negatywne – może przydały się jemu i innym. – Nosił krzyż własnej indywidualistycznej, indywidualistycznie nastawionej natury, która go smagała, z którą musiał się wciąż pasować. Dramatem jego życia było m. in. to, że będąc właściwie powołany do życia wspólnotowego w kongregacji – a musiał żyć – nie zawsze z własnej winy czy przyczyny – musiał żyć przez szereg lat jako samotny kapłan poza wspólnotą. A przynależność do zgromadzenia bardzo sobie cenił i kochał. Znosił też krzyż pokuty, który z wiarą podjął, który rozumiał i dźwigał cicho, bez skargi. – Kapłan ten przechodził wielkie przemiany duchowe, przełomy, kryzysy – i szczęśliwie „wylądował”. „Ende gut – alles gut”(Wszystko dobre, co się dobrze kończy.) – mówi niemieckie przysłowie. Albowiem i pięknie zachował się śp. ks. Szeliga w obliczu śmierci, gdy już całkowicie zdawał sobie sprawę, że ona rychło nastąpi. Na tydzień przed nią zaprosił konfratrów bytowskich do siebie, do Parchowa, przeprosił publicznie wszystkich zgromadzonych, wyspowiadał się przed jednym z konfratrów, a potem przyjął sakrament Namaszczenia chorych i Komunię św. Porozmawiał serdecznie ze współbraćmi, podał pewne wskazania, uwagi dotyczące życzeń, pogrzebu i pożegnał się ze wszystkimi, pogodzony z wolą Bożą, przyjmując śmierć jakby przedwczesną z poddaniem się. /Zmarł 13 grudnia wieczorem/.
Duszpasterzował różnymi sposobami. Zapewne są wśród was, tu tak licznie zgromadzonych, jego byli parafianie i ci, dla których podejmował trudy i prace kapłańskie. I teraz, zda się, że od niego i z tej trumny, idzie ku wam echo wołań duszpasterskich:
- Odebrałem od was przyrzeczenia chrztu św. – nie łamcie ich!
- Zaszczepiałem w was wiarę – nie wyrzekajcie się jej!
- Głosiłem wam przykazania Boże – nie przekraczajcie ich!
- Udzielałem wam rozgrzeszenia – nie trwońcie Bożej łaski!
- Wskazywałem wam drogę do nieba – nie schodźcie z niej!
- Wiązałem wasze małżeństwa – nie szargajcie ich świętości!
- Kochałem wasze dzieci – nie zaniedbujcie ich dusz!
- Chowałem waszych zmarłych w grobach – nie zapominajcie o nich!
- A tu teraz leżą już zwłoki moje – wspomnijcie o mojej duszy!
- Muszę za was odpowiadać na sądzie – nie idźcie na potępienie!
- Wykruszyłem się z szeregów kapłańskich – dajcie więc z rodzin waszych nowych kapłanów, nowy narybek. Kapłanów potrzebuje tutejsza diecezja koszalińsko-kołobrzeska, potrzebuje ich Oratorium filipińskie, potrzebuje Polska! Rodzice katolicy! Daj kandydatów do kapłaństwa, bo „żniwo wielkie – ale robotników mało” – woła Pan. Nie bójcie się ciężkich czasów dla kapłaństwa! Módlcie się o nowych księży, bo w ich szeregach są poważne wyrwy. Wspomniałem, że wczoraj i dziś odbywają się w różnych stronach Ojczyzny pogrzeb aż pięciu znanych mi kapłanów!
Oto jakby duchowy testament waszego duszpasterza, ongiś na parafiach, ostatnio w zakładzie dla dzieci, w kancelarii, w katechizacji, w konfesjonale, na łożu boleści.
Żegnamy Cię, Drogi Księże Kazimierzu! Żegna Cię nie tylko Twoja Rodzina, której wyrażamy głębokie współczucia – lecz także my wszyscy. Żegna Cię lud bytowski, – lud parchowski – lud pomyski – lud budowski! Żegnamy Cię my kapłani, z diecezji, z dekanatu, z okolicy i z sąsiedztwa, księża z wszystkich naszych Oratoriów. Żegna Cię Dom tarnowski, Święta Góra i Studzianna ze swym parafialnym ludem, gdzieś zostawił niejeden ślad swojej działalności. Żegnają Cię Czcigodne Siostry z Parchowa wraz ze swym Zakładem dla dzieci. Żegnamy Cię z prawdziwym żalem. Zabrakło już nam Ciebie. Mimo wszystko – wrosłeś w nasze oratoryjne środowiska. Byłeś potrzebny – byłeś nam bliski, choć nieraz dla nas niezrozumiany, i nierozszyfrowany był Twój duch. Żegnamy Cię z prawdziwą wdzięcznością za wszystko, coś jako kapłan uczynił w duszpasterstwie, w katechizacji, na ambonach, w konfesjonale, w pracach zewnętrznych, budowlanych – a przede wszystkim za Twój przyczynek w tworzenie Oratorium w Bytowie. Przed 30 laty Tobie pierwszemu ukazała się niejako jego wizja. Jesteś więc jego pionierem, boś wyraźnie dążył, by synowie św. Filipa wsparli zręby duszpasterstwa na Ziemiach Odzyskanych. Widziałeś tutejsze duszpasterskie potrzeby, więc rzuciłeś piękną inicjatywę.
Żegnamy cię z życzeniami, aby jak najrychlej udziałem Twoim była „światłość wiekuista” – „Dom Ojca”. Niech więc Pan ziści nad Tobą słowa odczytanej dziś Ewangelii: „Gdzie Ja jestem, niech będzie tam Mój sługa. A jeśli kto mi służy, uczci go Mój Ojciec”. Nie dozna dusza Twoja wstydu. Możesz już wołać z Jeremiaszem – jak to słyszeliśmy w lekcji mszalnej: „Działem mym jest Pan. Dlatego czekam na Niego. Dobry jest Pan dla ufnych, dla duszy, która Go szuka”. – Boś się, Drogi Księże Kazimierzu, trudził wiele, boś umiejętnie cierpiał, boś przyjął pokutę, boś się pogodził z wolą Bożą. Maryjo, weź w swe orędownictwo tego Stróża dwóch Twoich sanktuariów! Święty Filipie, módl się za Pioniera Twego bytowskiego Oratorium. Amen.
Pogrzeb śp. ks. Franciszka Kazimierza Szeligi odbył się w Bytowie dnia 16 grudnia 1976 r. /w rocznicę urodzin Zmarłego!/, w godzinach przedpołudniowych – z udziałem 48 kapłanów i kleryków, tak diecezjalnych, jak i przedstawicieli wszystkich polskich Oratoriów. W koncelebrze, w której brało udział kilkunastu kapłanów, uczestniczył i przewodniczył obrzędom pogrzebowym sufragan diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej, ks. biskup Tadeusz Werno, który po Mszy pięknie przemówił do licznie zebranych wiernych w kościele. Trzykrotnie też przemawiał superior bytowski, o. Edward Zieliński – dziękując różnym mecenasom uczestników pogrzebu i tym wszystkim, którzy w czasie choroby okazywali śp. ks. Szelidze wiele troski, pomocy i serca, zwłaszcza siostrom benedyktynkom-samarytankom z Parchowa, które wraz ze swymi podopiecznymi dziećmi z zakładu „Caritasowego” wzięły – rzecz zrozumiała – dość liczny udział w uroczystościach pogrzebowych. Grób śp. ks. Szeligi jest na cmentarzu bytowskim.
Oratoriana 15, s. 126
Oratoriana 15, s. 126


Prezentacja
Nasi święci
Wspomnienia liturgiczne
Aktualności
Bytów
Celle
Gostyń
Poznań
Radom
Studzianna
Tarnów
Tomaszów Mazowiecki