(†1989) ks. Kazimierz Wasela COr — rocznica śmierci

† ks. Kazimierz Wasela COr
ur.: 1931.01.09
zm.: 1989.06.28
kongregacja: Poznań
miejsce śmierci: Poznań
miejsce pochówku: Gostyń
Ks. Kazimierz Wasela
1931-1989
Pośmiertne wspomnienia o ks. Kazimierzu Waseli COr.
Na historię każdego życia ludzkiego składa się wiele rzeczy i wiele elementów. Wszak to przecież parę dziesiątków lat tego życia. Na tę historię składają się czyny piękne i szlachetne, ale też i słabości człowiecze, bo nikomu z ludzi nie są one obce.
Ze ściśniętym sercem i z łzą wzruszenia w oku pożegnała – pod przewodnictwem ks. bpa Fortuniaka i ks. Infułata Czajki – parafialna wspólnota Poznania-Świerczewa 30 czerwca 1989 r. człowieka naprawdę szlachetnego. Pożegnaliśmy kapłana oddanego całym sercem Bożej sprawie, Kościołowi i Ojczyźnie. Pożegnaliśmy Ojca dużej rodziny parafialnej, której był twórcą i której poświęcił blisko 20 lat swego życia i całą miłość kapłańskiego serca. Parafia w dniu 30 czerwca powiedziała Mu swoje wielkie „dziękujemy”. Powiedziała z wywieszonymi z balkonów i okien sztandarami okrytymi kirem żałoby, powiedziała wypełnioną po brzegi świątynią parafialną, modlitwą żarliwej komunii św. swoje wielkie „dzięki Ci pasterzu” i swoje „żegnaj”. Następnego dnia pożegnała Go społeczność świętogórska z rzeszą wiernych i kapłanów pod przewodnictwem ks. Infułata Czajki oraz wszyscy inni w jakikolwiek sposób z Nim związani.
Kazimierz Wasela urodził się 9 stycznia 1931 r. w Jarocinie z rodziców Jana i Marii Walczak. Od wczesnych lat życia doświadczał go Pan łaską swego krzyża, chyba po to, by usposobić go do stawiania czoła późniejszym obowiązkom i zawiązanym z nimi trudom. W 1940 r. traci ojca, który ginie zamordowany przez hitlerowskich siepaczy w koncentracyjnym obozie Buchenwald. Pojedzie tam wiele lat później Kazimierz już jako kapłan, by pójść po krwawych śladach swego ojca, by znaleźć choćby odrobinę popiołu z jego ciała. Nie znalazł, bo nie mógł, ani śladów, ani popiołu. Ślady zatarł czas, a popiół wiatry rozniosły po obcej ziemi. Pozostała mu tylko serdeczna modlitwa za ojca bohatera, który jako urzędnik Kolei Państwowych wydał się niebezpieczny dla tysiącletniej Rzeszy. Jak w rodzinnym domu wyglądały czasy wojny nie wiadomo. Wszyscy wiemy, że były to czasy wyjątkowej pogardy, czasy głodu, poniewierki i ustawicznego zagrożenia widmem śmierci. Po zakończeniu wojny posyła go matka do szkoły podstawowej, a po jej ukończeniu do Gimnazjum w Gostyniu. Po przybyciu do Gostynia zamieszkał w internacie mieszczącym się w domu Księży Filipinów, w ten sposób nawiązane zostały pierwsze kontakty między nim a Świętogórskim Oratorium. To tu zakiełkowało, ale też rozwinęło się ziarno powołania kapłańskiego i służenia Bogu, Maryi i ludziom z tego właśnie miejsca i w tym Zgromadzeniu.
29 czerwca 1951 r. Kazimierz Wasela, po ukończeniu Gimnazjum Gostyńskiego, składa prośbę do Kongregacji Księży Filipinów na Świętej Górze o przyjęcie go w szeregi jej członków, gdyż jak sam pisze w podaniu: „Pragnę pójść do kapłaństwa i oddać się pod szczególniejszą opiekę Matki, służyć Jej i służyć ludziom”. Został przyjęty. Cieszył się on, cieszyła się jego matka. Cóż może być większą radością dla matki nad powołaniem do kapłaństwa syna? Nie danym jej było jednak doczekać święceń kapłańskich i udzielić matczynego błogosławieństwa synowi i w zamian otrzymać jego, kapłańskie błogosławieństwo. Kiedy był na drugim roku studiów, Bóg odwołuje matkę do siebie. Zostało ich dwoje bardzo młodych ludzi – on i jego siostra. Ale Bóg czuwał. Przygarnęły ich dobre, kochające serca wujostwa. Kazimierz został kapłanem ku radości wujostwa na ziemi, a w niebie bohaterskiej matki i ojca męczennika.
W kapłańskim życiu konsekwentnie wypełniał to co w prośbie o przyjęcie do Kongregacji było motywem, a w życiu drogowskazem i ideą przewodnią: „służyć Matce Bożej i służyć ludziom”. Rzeczywiście cała jego postawa była służbą. Księdzu Kazimierzowi obce było słowo: „Nie”. Znał tylko jedno: „Tak – zrobi się”. Zawsze skromny, zawsze cichy, zawsze koleżeński, nigdy na nikogo nie podnoszący głosu, bardzo kontaktowy; oto niektóre tylko cechy zjednujące mu sympatię wszystkich.
W Kongregacji Gostyńskiej pełnił różne funkcje, a szczególnie prokuratora gospodarczego zwanego w Kongregacji ministrem i to w czasach trudnych, a nie rzadko szykan ze strony władz komunistycznych. Ksiądz Kazimierz umiał sobie radzić. Przez łatwość kontaktu z ludźmi, przez znajomości jeszcze z lat szkolnych, miał rozległe tak zwane wejścia. Wiedzieli o tym inni, a szczególnie księża proboszczowie, więc przybywali do niego z różnych stron naszej Archidiecezji z prośbą o pomoc w załatwieniu spraw urzędowych, a przede wszystkim natury gospodarczej (materiały budowlane i inne). Ksiądz Kazimierz nie odmawiał swej pomocy nigdy i nikomu. Wierny idei służenia, na miarę swoich możliwości służył.
Gdy zaproponowano mu, by dla dobra powstającej Kongregacji w Tomaszowie Mazowieckim i na prośbę Ordynariusza diecezji łódzkiej bpa Józefa Rozwadowskiego objął funkcję wikariusza w parafii św. Wacława, uczynił to bez słowa sprzeciwu; a kiedy zaproponowano mu z kolei stanowisko proboszcza w nowoformującej się parafii Poznań-Świerczewo, poszedł do Poznania, w którym pozostał aż do końca życia. Tu przede wszystkim dał się poznać jako nieprzeciętny organizator pięknej dzisiaj parafii na obrzeżach miasta, dokąd bali się zaglądać nawet stróże porządku publicznego. Tu pozostawił po sobie piękną spuściznę, budując dla parafii ładny, o oryginalnych, współczesnych kształtach architektonicznych kościół pod wezwaniem Matki Kościoła z całym zapleczem sal katechetycznych i innych pomieszczeń. Tu rozbudował odkupiony uprzednio dom, adaptując go na mieszkanie dla pracujących przy parafii Księży Filipinów, zamierzając w dalszej przyszłości pobudować nowy w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła. Tu przede wszystkim budował ten inny, nie materialny Kościół, niewymierny oceną ludzką, bo tkwiący w najgłębszych pokładach dusz, na których wycisnął piętno swej kapłańskiej posługi.
Długo można by jeszcze wymieniać cnoty i zalety charakteru Zmarłego; zasługi dla Kościoła, Kongregacji czy Narodu, ale trudno sypać kwiaty pochwał na jego trumnę, bo czymże jest pochwała ludzka wobec ołtarza i zbroczonego krwią ofiarną Chrystusowego krzyża? Czymże jest pochwała ludzka dla duszy, która stanęła na boskim sądzie i usłyszała nieodwołalny i ostateczny wyrok.
Przestało bić serce zacnego i zdolnego kapłana, który przez trzydzieści parę lat dźwigał słodkie, ale jakże czasami trudne jarzmo Chrystusowego kapłaństwa. Entuzjastyczna radość trwa krótko: radość Taboru i hosanna palmowej niedzieli trwają krótko, a potem pozostaje krzyż. I ten krzyż wieloletniej choroby, i tej ostatniej jakżeż nie oczekiwanej. Obecnie jest już na drugim brzegu. Odszedł do wieczności w dostojeństwie Chrystusowego kapłaństwa, które kochał i któremu pozostał wierny aż do końca. Odszedł kapłan woli Bożej poddany. Sądzić należy, że Ojciec Niebieski okazał mu swoje miłosierdzie, Najwyższy Arcykapłan Jezus przygarnął go do swego serca, a Świętogórska Pani, której służył i przy której trwał wierną, kapłańską miłością była dla niego orędowniczką u Boga i błogosławiony owoc swego żywota mu okazała.
ks. Michał Smagacz COr
Wymodlony przez Swoją Matkę
Minął już jakiś czas od śmierci śp. Ks. Kazimierza Waseli, ale stale nie daje mi spokoju myśl, by o nim nie wspomnieć, a zwłaszcza o jego śp. Matce, którą dobrze znałem. W czasie okupacji w naszych stronach rodzinnych był kościół zamknięty. Na Mszę św., modlitwy, zbieraliśmy się w jednym domu; był tam też Najświętszy Sakrament umieszczony w kredensie. Tam codziennie po pracy spotykałem Matkę śp. Ks. Kazimierza jak długo, na dwóch kolanach, modliła się gorliwie. Bywało tam tylko kilka osób lub bywaliśmy sami; jakże ta Dobra Matka rozmodlona, spracowana, obcowała z Bogiem i tam, przed obliczem Pana wymodliła łaskę kapłaństwa, bo skoro tylko skończyła się wojna, syn poszedł do liceum, dostał się do Konwiktu na Świętej Górze i już pozostał do końca życia Filipinem.
Mam tutaj jeszcze jeden dług wdzięczności do śp. Kazia; to on mi powiedział o Świętej Górze, o Księżach Filipinach i zachęcił abym tam przyszedł – posłuchałem go i tak razem włączyliśmy się w Zgromadzenie XX. Filipinów. Jaka radość była jego Matki, że idzie syn do kapłaństwa; jak ona Bogu za to dziękowała, jak i mnie wspierała swymi modłami; to była dla nas taka cudowna baza pomocy. Z Matką Ks. Kazia znałem się od lat dziecięcych, rodzice jej mieszkali na naszej ulicy, byli dla nas jak najbliższa rodzina. Przyszło potem cierpienie – choroba; Matka ten czas również ofiarowała za swoje dzieci – była jeszcze córka – ale nie doczekała się tego, by cieszyć się życiem kapłańskim syna. Pan zabrał ją do siebie, ale ona stale czuwała.
Wychowywała dzieci sama, mąż zginął w czasie okupacji. Dla dzieci była kochającą Matką. Gdy kościół po wojnie był już otwarty, znów często widziałem ją adorującą Jezusa, rozmodloną, skupioną, czasem płaczącą. Była dla ludzi zbudowaniem i wzorem, kochali ją wszyscy za jej dobroć serca.
Ile my kapłani zawdzięczamy Matkom, ile mamy długu wdzięczności za ich niepojętą miłość. Ja też nie mam słów, aby wyrazić czym była dla mnie moja śp. Matka i tak samo jak Ks. Kaziu i ja zawdzięczam swoje kapłaństwo Bogu i Matce Najświętszej ale wymodlone to było i cierpieniem otoczone Kochanej Matki. Nie doczekała się mego kapłaństwa lecz przed śmiercią powiedziała do Siostry, że w wieczności nie ustanie w modłach, aby dla mnie wyprosić Kapłaństwo. Miałem w tym czasie bardzo wiele trudności i dzięki Jej wstawiennictwu przed Bogiem w wieczności, jej pragnienie szybko się spełniło i do dzisiaj moje Kapłaństwo jest coraz piękniejsze bo wspiera je miłość Matki spotęgowana miłością wieczną.
ks. Tadeusz Nagel COr
Oratoriana 32, s. 13


Prezentacja
Nasi święci
Wspomnienia liturgiczne
Aktualności
Bytów
Celle
Gostyń
Poznań
Radom
Studzianna
Tarnów
Tomaszów Mazowiecki